Rozdział 42
Dźwięki perkusji odbijały się echem od ścian hali prób, przerywane od czasu do czasu głosem realizatora, który przez mikrofon rzucał poprawki do oświetlenia. Na scenie chłopaki z US5 kończyli ostatni refren swojej nowej piosenki. Richie jak zwykle żartował, tańcząc z przesadną ekspresją, co rozśmieszało nawet najpoważniejszych technicznych. Izzy koncentrował się na ruchach, perfekcjonista, jak zawsze jeśli chodzi o taniec. Vincent stał trochę z tyłu, ale miał najspokojniejszy głos i najłagodniejszy uśmiech. A Chris? Chris patrzył na mnie.
Z każdym obrotem w choreografii, z każdym uniesieniem dłoni w górę – jego spojrzenie wracało do mnie, jakby upewniał się, że nadal tu jestem, nadal go wspieram. I byłam. Cała. Serce, ciało, dusza – wszystko moje było jego.
***
Usiadłam na krawędzi sceny i uśmiechnęłam się, kiedy jego palce przesunęły się po mojej dłoni w przelocie, gdy schodził po próbie. Usiadł obok mnie, otulając mnie ramieniem, jakby właśnie to miejsce było dla mnie stworzone.
– Znowu zawładnęliście sceną – powiedziałam, opierając głowę o jego ramię.
– Tylko po to, żebyś miała lepsze wejście po nas – uśmiechnął się i pocałował mnie w skroń. – Jak się czujesz?
– Lepiej, gdy jesteś blisko. Chyba dopiero teraz do mnie dociera, że naprawdę to robimy. Taka trasa… to coś wielkiego.
– Ty jesteś wielka, Nikki. Zasługujesz na każdy reflektor, każdy krzyk z tłumu. I ja chcę to przeżyć z tobą, krok po kroku.
Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, z tyłu pojawiła się Jess. Zrobiła kilka kroków w naszą stronę, trzymając się za brzuch, choć przecież jeszcze nic nie było widać. Tylko ja wiedziałam, co oznaczało to delikatne przesuwanie dłoni po płaskim jeszcze brzuchu.
– Hej, mogę ukraść Nikki na chwilę? – zapytała, patrząc na Chrisa z uśmiechem.
– Tylko jeśli oddasz ją przed moim kolejnym występem – odparł z teatralnym westchnieniem, po czym pocałował mnie raz jeszcze i zostawił z Jess.
Przeszłyśmy kawałek dalej, siadając na jednej z wygodniejszych sof pod ścianą, gdzie było ciszej i można było na chwilę odetchnąć.
– I jak się czujesz? – zapytałam. – Naprawdę.
Jess spojrzała na mnie, przygryzając wargę.
– Wiesz… dziwnie. Jakby moje ciało już nie należało tylko do mnie. Rano mam mdłości, wieczorem płaczę przy reklamie proszku do prania. A w przerwach między tym wszystkim próbuję sobie przypomnieć, jak chodzi się po wybiegu w szpilkach i uśmiecha bez makijażu na twarzy.
– Tęsknisz za tamtym życiem?
– Troszkę. Ale bardziej boję się tego nowego. Boję się, że nie będę wystarczająco dobra. Jako mama. Jako partnerka Jaya. Że nie zmieszczę się już w żadne swoje ubrania i nikt nie będzie chciał mnie fotografować.
– Jess… jesteś przepiękna. I nie mówię tego jako twoja przyjaciółka. Mówię to jako kobieta, która widzi, jak kwitniesz. A Jay? On cię uwielbia. Widziałam, jak dziś na ciebie patrzył, kiedy mówiłaś, że boli cię głowa. Był gotów biec do apteki na bosaka.
Jess zaśmiała się przez łzy.
– On serio jest taki czuły, że aż czasem nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Po koncertach siada obok mnie i opowiada, co robiliśmy tego dnia, jakby nasze dziecko już teraz słyszało i rozumiało. Chyba dopiero teraz zaczynam wierzyć, że to może się udać.
– Bo się uda. Może nie będzie idealnie, ale będzie prawdziwie.
Jess spojrzała na mnie poważnie.
– A ty i Chris? Ty się boisz?
Zamilkłam na chwilę.
– Tak. Boję się, że czasem ta branża zniszczy coś, co budowaliśmy tak długo. Ale z drugiej strony… on jest jak piosenka, którą zna się na pamięć, ale wciąż chce się jej słuchać. I wiem, że warto. Zawsze warto.
W ciszy, która potem zapadła, położyłyśmy głowy na oparciu sofy. Dwie dziewczyny, każda z sercem w innym miejscu, ale razem. Nasza własna wersja przyjaźni – trochę pokręcona, trochę pogubiona, ale silna. I w tym szaleństwie, między światłami reflektorów a głośnikami prób, czułam, że mamy siebie.
I że to dopiero początek.
***
Deszcz stukał w okna sypialni, a nasze kroki po mieszkaniu były już tylko szeptem. Mieliśmy za sobą długi dzień prób – zmęczenie w ciele, ale napięcie pod skórą. Chris zamknął za nami drzwi, a ja od razu poczułam ciepło jego spojrzenia na sobie. To nie było zwykłe „wracamy po pracy”. W jego oczach było coś, co znałam tylko ja – głód. Ale nie tylko ciała. Głód mnie. Nas.
Stanęłam przy oknie, zrzucając bluzę i koszulkę, a on podszedł bez słowa, zatrzymując się za mną. Czułam jego oddech na karku. Powoli, świadomie przesunął dłoń wzdłuż moich pleców, jakby mnie od nowa czytał. Zamknęłam oczy, kiedy jego usta dotknęły mojej skóry – najpierw przy karku, potem niżej, miękko, z dłuższym oddechem, który przyprawił mnie o gęsią skórkę.
– Jesteś wszystkim – wyszeptał.
Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy. Powolne spojrzenia, bez słów. Jego dłonie objęły moje biodra, jakby chciał zapamiętać ich kształt na zawsze. Pocałował mnie – głęboko, bez pośpiechu, z tą intensywnością, która zostawiała mnie drżącą.
Zaniósł mnie do sypialni. Położył na łóżku jak coś cennego. Całował każdy centymetr mojej skóry, niespiesznie, jakby każda sekunda miała być zapamiętana. Moje palce wplatały się w jego włosy, ciało łukiem odpowiadało na każdy jego dotyk.
Gdy wszedł we mnie, zrobił to wolno, z wyczuciem, tak, jakby nasze ciała miały swoje własne tempo. Patrzyliśmy sobie w oczy. Oddychał z moim oddechem, kochał się ze mną jak z kimś, kogo zna się nie tylko fizycznie, ale duszą. Nie było niczego mechanicznego – tylko płynność, miękkość, pełne oddanie.
Jęknęłam jego imię, kiedy przyspieszył, ale nawet wtedy nie było w tym pośpiechu. Była pasja. Głębia. Pewność. Czułam, jak jego dłoń ściska moją, jak nasze biodra pracują wspólnie, w idealnym rytmie. Jak cały świat znika.
A gdy w końcu osiągnęliśmy szczyt razem – niemal jednocześnie – przylgnęłam do niego, sercem, ciałem, wszystkim. Leżeliśmy tak długo, jego czoło oparte o moje, jego ręka na moim brzuchu, nasze oddechy powoli wracające do równowagi.
– Tu jest dobrze – szepnął.
– Tu jesteśmy my – odpowiedziałam.
I właśnie w tej cichej, spoconej, splątanej bliskości – zrozumiałam, że to nie była tylko noc. To był początek czegoś głębszego.
Cdn...